dolary, tulipany i Hampstead

J wybył do Chinlandii na kolejne targi motoryzacyjne, a ja skorzystałam z okazji i umówiłam się z Dorą i Leną. Niestety Lena musiała zostać na posteruku z dwoma zasmarkanymi i marudnymi mężczyznami. Takich, samym sobie zostawić nie można, więc doskonale ją rozumiem.

Ambitnie planowałam wybyć do Lądka skoro świt i wybrać się na eksplorowanie rynków i sklepów ze starociami w Greenwich, ale w piątkowy wieczór perspektywa zrywania się o 8 rano w sobotę nie wydawała się już takim świetnym pomysłem i poddałam się wenętrznemu leniowi. Greenwich musi poczekać na lepsze czasu.

Zamówiłam rano kapitalistyczną walutę wuja Sama przez internet, do odbioru na Strandzie. Z wyborem garderoby nie było większych problemów, żałowałam tylko później, że nie ubrałam się ciut cieplej i nie zabrałam parasolki.

W końcu zebrałam się dość późno i po drugiej sesji kwalifikacyjnej w Bahrajnie, wreszcie pojechałam na pociąg. W niecałą godzinę później wysiadałam na Waterloo. Wcześniej planowałam pójść na Strand piechotą, ale poneważ wyjechałam dość późno, nie chciałam ryzykować i wsiadłam w doubledeckera (piętrowy autobus), żeby w  5 min. potem wysiadać na Strandzie. Kanotr walutowy był w niemalże w zasięgu wzroku. Poprzedniego wieczora przeszukałam fora i kantory internetowe,  żeby w końcu trafić na stronę zrobioną przez MoneySavingExperts i znaleźć sensowny kantor, gdzie można kupić doalry po korzytsnym kursie.

Potem krótki spacer koło pięknego budynku teatru Adelphi, po schodkach w kierunku nabrzeża Tamizy, przez urocze arkady i wejście do Savoya, potem park pełen kwitnących tulipanów i już wsiadałam do wagonu Północnej linii do Hampstead, żeby spotkać się z Dorą.

Jak zwykle Hampstead zachwycił piękymi budynkami, high street usianą kafejkami i sklepami. Jak zwykle też przez myśli mi przeszło, a potem również zwerbalizowało się w pogaduchach pytanie: co trzeba robić, żeby było człowieka stać na dom w Hampstead? Doszłyśmy do wniosku, że zmiana kariery na bankiera inwestycyjnego na pewno by pomogła. W sumie rozważałam ostatnio, czy przypadkiem nie zmienić kariery na private banking. Mój rosyjski by się tam z pewnością przydał, ale jakoś nie uśmiechają mi się ciągłe rozjazdy po Europie i koszmarnie długie godziny pracy. Męża pewnie widywałabym kilka razy w miesąicu…

Dora i Joseph planują kupić dom lub mieszkanie w niedalekim Finchley, ale to też będzie spory wysyiłek finansowy. Ale nie o tym miało być. Po dwóch godzinach w Cafe Rouge, kiedy przy stole obok usiadła rodzina z rozwrzeszczanymi dzieciakami, stwierdziłyśmy, że czas się ewakuować. Poszłyśmy pozwiedzać sklepy i sklepiki, potem wymyśliłyśmy że pójdziemy do parku, ale po próbie spaceru w polarnym wiatrze, zrezygnowałyśmy i przeniosłyśmy plotki do Starbucksa. Zeszło na pracę i coraz bardziej jesteśmy przekonane, że jedyna droga do niezależności i większej swobody finansowej, to własna firma. D ma już spore doświadczenie ze swoim biznesem – doradztwo w zakresie zrdowego odżywiania. Pogadałyśmy też o marketingu internetowym (to z kolei moja działka), aż w końcu zrobiła się szósta i trzeba było się ewakuować.

Muszę się częściej wybierać do stolicy i spotykać, ze znajomymi…

PS Cel na dzisiaj – wizyta w centrum ogrodniczym, żeby kupić dodatkowe rośliny curry. Po długiej przerwie, znowu nam jakiś sierściuch zasrany zostawił ‚prezent’ na podjeździe….Grrr!

One response to “dolary, tulipany i Hampstead

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s